![]() |
![]() |
ZAMIAST WSTĘPU
Oddajemy do Waszych rąk nowy numer Info SW, po dłuższej niż
dotychczas przerwie. Tworząc nasze pisemko zakładaliśmy, że będzie się ono
ukazywać "w miarę potrzeby", to znaczy gdy będzie o czym pisać.
W ostatnim czasie miało miejsce kilka wyjazdów zagranicznych, w których uczestniczyli
członkowie naszego klubu i im właśnie poświęcamy większość miejsca. Wciąż
jednak brakuje nam informacji o bieżącej działalności w kraju. Czekamy zatem
na relacje o Waszych ostatnich dokonaniach. Życzymy wysokiej formy i sukcesów
!
BEZ KROPKI NAD "I".
Na przełomie lutego i marca uczestniczyliśmy wraz z Bogusławem Zalewskim w
wyjeździe do Argentyny, którego celem było wejście drogą normalną na Aconcagua
(6962 m ) - najwyższy szczyt Ameryki Pd. W imprezie poza nami brało udział
5 osób spoza klubu, w większości nie posiadających doświadczenia górskiego.
Do Santiago de Chile wylecieliśmy 22 marca, a obóz bazowy na Plaza de Mulas
osiągnęliśmy 27 marca. Na wysokości 5500 m dwóch uczestników zrezygnowało
ze względów zdrowotnych z kontynuowania wejścia. Pierwszą próbę osiągnięcia
szczytu podjęliśmy pozostałą piątką 8 marca, startując ze schronu biwakowego
Berlin (5900 m). Silny wiatr zmusił nas do powrotu po dojściu do ruin schronu
Indenpendencia z wysokości 6400 m. 10 marca już tylko w trójkę ponownie ruszyliśmy
w stronę szczytu. Po 8 godzinach, będąc już na grani szczytowej, nie więcej
niż 30 m poniżej szczytu, zmuszony byłem zawrócić ze względu na nagłe fatalne
samopoczucie. Kontynuowanie wejścia nie wchodziło w tej sytuacji w rachubę.
Z trudem, ale samodzielnie, mobilizując wszystkie siły wróciłem wieczorem
do Berlina. Boguś osiągnął wysokość ok. 6800 m w górnej części podszczytowego
żlebu (Canaletta). Do odwrotu skłoniła go spóźniona pora. W tempie, jakim
szedł, mógł dotrzeć na szczyt wieczorem - na co się nie zdecydował. Obserwując
jego próbę wejścia uważam, że gdyby wystartował z punktu wyższego niż schron
biwakowy Berlin (5900 m) - prawdopodobnie bez problemu osiągnąłby szczyt.
Dosyć dramatyczną przygodę przeżył Boguś w zejściu. W ciemnościach zgubił
drogę i zabiwakował gdzieś na wysokości Piedras Blancas (6000 - 6200 m). Rano
po naprowadzeniu na właściwą drogę zszedł do Berlina. Nieplanowany biwak przetrwał
bez żadnych odmrożeń ! Szczyt osiągnął tylko Marcin Rutkowski z Białegostoku.
Do bazy zeszliśmy 12 marca jako jeden z ostatnich zespołów działających na
górze. Następnego dnia dotąd dobra pogoda kompletnie się załamała oznaczając
koniec sezonu letniego. Do Polski wróciliśmy 23 marca.
Co prawda nie udało się nam postawić kropki nad "i" , ale Boguś
stał się chyba najstarszym Polakiem, który osiągnął taką wysokość. Czapki
z głów, młodzieży!
Andrzej Kurowski
SPACERY PO TATRACH
W dniach 5-9 lutego włóczyłem się trochę po Tatrach Zachodnich w celu przetestowania
pożyczonych butów, które miały mi służyć podczas wyprawy na Aconcaguę. Pierwszy
raz miałem na nogach "skorupy" i byłem ciekaw, czy w ogóle potrafię
w czymś takim chodzić. Na warunki nie mogłem narzekać - trafiłem na zaskorupiały
śnieg w piętrze kosodrzewiny, a wyżej lokalnie tylko jakieś jego resztki bądź
zalodzenie. Kilka wypadów na grań traktowałem jako obowiązkowy trening przed
wyprawą. No i w nagrodę, schodząc z Ciemniaka, przed Suchą Turnią na rzece
mgieł zobaczyłem swój cień w tęczowej aureoli. Tak zaliczyłem swoje pierwsze
spotkanie w widmem Brockena. Nie ma rady, trzeba więcej ruszać się w górach,
aby zaliczyć drugie i następne.
Bogusław Zalewski
Według starego taternickiego przesądu widmo Brockena to bardzo zły omen. Szczególnie powinny mieć się na baczności osoby, które widziały je dwa razy. Jednak po trzecim razie widmo traci swoją złowróżbną moc i można je podziwiać bez obawy. (przyp. red.)
MOJE KIBLOWANIE NA ACONCAGUI
W górę się szło jak zawsze - coraz krótszymi odcinkami i z coraz dłuższymi
odpoczynkami. Ale choć pomaluśku, to jednak do góry, a wyraźnie widoczny wierzchołek
stawał się coraz bliższy. Odległość między mną a Marcinem i Andrzejem stale
rosła, a oni sami zbliżali się do szczytu. Spojrzałem na zegarek i nie mogłem
powstrzymać się od przekleństw, bo była już prawie dziewiętnasta... W chwilę
potem spostrzegłem, że Marcin macha mi kijkami z wierzchołka. I natychmiast
osłupiałem widząc, że Andrzej - tuż spod szczytu - zamiast w górę zaczął szybko
iść w dół. Już wtedy zrozumiałem, że przy moim tempie nie dojdę na szczyt
przed zmrokiem i że muszę spasować. Ale Andrzej był przecież dużo bliżej!
Jeszcze moment i sam mi wszystko wyjaśnił, że fatalnie się poczuł. Musiał
być rzeczywiście w kiepskiej formie, bo oddał mi bez protestów swój plecak.
Tymczasem Marcin "spadł" już do nas z góry i tak - nawet bez żalu
o szczyt - podreptałem za nimi w dół. A że tempo młodszych i w dodatku w dół
było dla mnie za ostre, zostawałem sobie w tyle. Odpoczywając przypomniałem
sobie o aparacie fotograficznym, którego przez całą drogę w górę w ogóle nie
używałem. Tak złapałem trochę fotek, w tym cień Aconcagui na górach, chmurach
i na niebie, w blasku zachodzącego słońca. Rozbity schron Independencii (6370
m) mijałem jeszcze w świetle dnia, ale szybko wszedłem w cień. Sięgnąłem do
plecaka po czołówkę, ale tak niezręcznie, że mi upadła i ześlizgnęła się po
śniegu. Znalazłem ją, ale to już nie miało znaczenia. W obcym terenie górskim
raczej trudno wędrować nocą, a mnie się już nogi zaczęły plątać. Dość długo
szukałem miejsca na przeczekanie nocnych godzin - wszystkie były złe, ale
w końcu wybrałem to najlepsze. Część nocy spędziłem stojąc, tupiąc, z plecakiem
na plecach (bo cieplej), czasami zasypiając na stojąco, ale czasem musiałem
przysiąść lub przyklęknąć na chwilę. Folię NRC podzieliłem na części i owinąłem
osobno nogi, korpus i dłonie. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem całym ciałem
skuteczności jej działania w prawdziwej potrzebie. Drętwiejąc coraz bardziej
doczekałem się w końcu świtu, który za chwilę zacząłem przeklinać, bo czas
coraz bardziej się dłużył. Wreszcie wschód słońca, który niczego nie zmienił.
Już widoczność dostateczna, nawet ścieżkę widać, ale o poruszaniu się nie
ma mowy. Przewracam się co chwila, tyle że zachowuję świadomość. Myślę - przecież
będą mnie szukać! Więc pozataczałem się od skałek na otwartą śniegową płaszczyznę
nieznacznie nachyloną i padłem na plecaki. Teraz pozwoliłem już sobie na drzemkę
niekontrolowaną. Budził mnie chłód ciągnący od spodu, bo wiatr jakoś ustał.
Odrętwienie (również w myśleniu) mijało, przestałem liczyć na helikopter,
a zacząłem zbierać się do kupy. Słonko mnie ogrzało, pokląłem trochę na siebie,
czemu tak sterczę w miejscu. Zegarek pokazywał, że jest już po dziesiątej,
więc podreptałem w dół jak należy, tyle że całkiem pijanym krokiem. I prawie
natychmiast zobaczyłem ludzi idących w górę, ale jakoś dziwnie, bo szli nie
ścieżką gęsiego, lecz raczej w tyralierze. Radość była obustronna. Zaczęli
"rozmowę" od sprawdzenia stanu moich palców, ale jak doliczyli się
przez folię czwartej pary rękawic, stóp już nie kontrolowali. A ja do dziś
gratuluję sobie, że pożyczyłem od Krzysia Jankowskiego koflachy o trzy numery
za duże, dzięki czemu mogłem - drepcząc w miejscu - poruszać również palcami
stóp, co zapobiegło odmrożeniom. Po zakończeniu oględzin moi wybawcy ustawili
mi się do pamiątkowego zdjęcia, a potem zostałem odprowadzony do schronu "Berlin",
gdzie radość przyjaciół na mój widok była tak wielka, że pozwoliłem się potulić,
nakarmić i ułożyć do snu. Tylko - cholera! - po trzech godzinach kazali mi
maszerować w dół i dopiero w Nido de Condores (5380 m) pozwolili mi spać około
12 godzin. Tak więc nie wszedłem na szczyt Aconagui, ale pobiłem swój życiowy
rekord wysokości (według oceny Andrzeja osiągnąłem wysokość 6800 m), a na
koniec wywinąłem się kostusze spod kosy. Dzięki nauczycielom ze Speleoklubu
Warszawskiego, bo moje życiowe doświadczenia takich wysokości nie sięgały,
więc wszystko zawdzięczam teorii, w którą wyposażono mnie w Klubie!
Bogusław Zalewski
DZIAŁALNOŚĆ SZKOLENIOWA
W dniach 12-13 stycznia 2002 na Hali Gąsienicowej odbył się zimowy etap kursu
instruktorów taternictwa jaskiniowego oraz egzamin kurs ten kończący. Zajęcia
w terenie z posługiwania się sprzętem zimowym poprowadził Krzysztof Treter
(KW Częstochowa). Egzamin końcowy kursanci złożyli przed komisją w składzie:
Andrzej Ciszewski, Agnieszka Gajewska i Krzysztof Recielski.
W pierwszej połowie lutego w Tatrach odbyły się dwie edycje etapu zimowego
kursu taternictwa jaskiniowego. Na pierwszym turnusie szkolili się strażacy
z jednostek ratownictwa wysokościowego z warszawskiego Bemowa i z Ostrołęki:
Piotr Gugała, Grzegorz Kulesza, Grzegorz Paśnicki, Jakub Pionkowski, Bartosz
Pliszka, Marcin Przybyłowski, Zbigniew Staniszewski, Wojciech Ślifirczyk,
Tomasz Wrzosek, i Ireneusz Żabicki; na drugim 11-osobowa grupa klubowej młodzieży:
Magda Czichoń, Przemek Hertel, Piotrek Jabłoński, Bartek Kamiński, Jacek Kierzkowski,
Jarek Mydlak, Marek Pastuszka, Franek Przeradzki, Ola Stępień, Kasia Zaleska
i Jacek Zieliński.
Pomimo wiosennej aury na obu turnusach udało się zorganizować wejścia do:
Kasprowej Niżniej, Miętusiej, Miętusiej Wyżniej, Piwnicy Miętusiej oraz do
Zimnej. W kotle Małej Świstówki uczyliśmy się posługiwania sprzętem zimowym.
Kadrę instruktorską na obu wyjazdach stanowili: Agnieszka Gajewska, Krzysztof
Recielski i Paweł Skoworodko. Naszymi gośćmi i pomocnikami byli: Jacek Kowalski
i Adam Leslie.
"PROŻEK BURHARDA - CO TO ZA NAZWA?"
W poprzednim informatorze w notatce o kobiecej akcji w Jaskini Zimnej autorka
Kasia Okuszko zadaje pytanie o genezę nazwy jednego z progów, który miały
przyjemność wspinać. Jego prawidłowa nazwa to Prożek Burcharda od nazwiska
Przemysława Burcharda - pierwszego zdobywcy. Rzecz miała miejsce w czasie
odkrywczej wyprawy Klubu Grotołazów w lutym 1954 roku. Pokonanie progu relacjonuje
sam zdobywca w książce swojego autorstwa, pt. "Operacja Kret": Żywa
drabina: Kowalski i Grotowski obejmują się za ramiona, obłoconymi butami wdrapuję
się im na plecy i stamtąd zaczynam wspinaczkę... zapieraczka w pionowej rynnie...
potem włażę na przewieszkę, sam już nie wiem jak... Zdobycie progu otworzyło
drogę do dalszych rozległych partii Zimnej. Przemysław Burchard był jednym
z aktywniejszych grotołazów lat 50 i połowy 60. Jest autorem kilku książek
w tym wspominanej Operacji Kret, a także: Z wypraw grotołazów (1957), Noc
bez gwiazd (1958), Na dno świata (1961) czy Wśród mogotów i krokodyli (1963).
Krzysztof Recielski
DZIALNOŚĆ SPELEONURKOWA W JASKINI KASPROWEJ NIŻNIEJ W
ZIMIE 2001/2002
Tradycyjnie już w okolicach Wigilii rozpocząłem działalność w Jaskini Kasprowej.
Wraz z grupa przyjaciół z klubu przeprowadziłem szereg akcji transportowych,
podczas których pod syfon doniesiony został sprzęt nurkowy. Przy syfonie został
zorganizowany biwak wyposażony w zaplecze cateringŐowe oraz bogato ilustrowane
kolorowe czasopisma. Następnie przetransportowałem butle depozytowe przed
Syfon Warszawiaków aby podczas zasadniczego nurkowania uniknąć uciążliwego
transportu między wstępnymi syfonami. Oporęczowanie w Warszawiakach było uszkodzone
w kilku miejscach i wymagało naprawy. Podczas zasadniczego nurkowania niestety
nie dotarłem dalej niż w ubiegłym roku.
Szczególnie pragnę podziękować wszystkim którzy wzięli udział w akcjach transportowych
lub czekali na mnie przy syfonie podczas nurkowania. Byli to: Katarzyna Barcz,
Marcin Bielski, Kasia Biernacka, Robert Koparka Burak, Marcin Gala, Marek
Giergiczny, Szczepan Głogowski, Piotr Jabol Jabłoński, Bartek Drakul Kamiński,
Piotr Kępkiewicz, Beata Michalak, Wiktor Morgulec, Jan Poczobutt, Paweł Homo
Skoworodko, Stefan Stefański, Tomasz Szczepański, Karolina Taczanowska, Wojtek
Zaborowski, Piotr Zawrzykraj, Sylwia Zięć
Korzystając ze sprzętu zgromadzonego w jaskini Robert Burak, Marek Giergiczny
i Tomek Szczepański przenurkowali dwa pierwsze syfony. We współpracy z nami
działał Włodek Szymanowski (SG KW Wrocław) wraz ze swoim zespołem wspomagającym.
Efektem wspólnego nurkowania były zdjęcia podwodne wykonane w syfonie Warszawiaków.
W styczniu 2002 w jaskini działał również Krzysztof Starnawski. Wyeksplorował
on syfon FFS i rozpoczął wspinaczkę w kończącym go kominie.
Odwilż, która wystąpiła w lutym spowodowała zalanie drogi do syfonu Danka
i uniemożliwiła wyniesienie pozostałego przy syfonie sprzętu. Czeka on teraz
cierpliwie na swoich wybawców, którzy pomogą mu ujrzeć światło dzienne.
Andrzej Szerszeń
WYPRAWA DO RUMUNII
W dniach 8-17 lutego odbyła się międzyklubowa wyprawa jaskiniowa do Rumunii.
Szefował jej Wiktor Bolek. Nasz Klub reprezentowali Pszczółek (Andrzej Szerszeń)
i Barszczyk Czerwony (Kasia Barcz) i ja, poza tym w wyprawie uczestniczyli
grotołazi z Wrocławia, Sopotu, Piły i Gdyni. Miejscem działania był masyw
Bihor, a precyzyjniej dolina Girda Seaca.
Głównym celem wyprawy miała być dalsza eksploracja syfonów w dolinie, szczególnie
wywierzyska Tauz. Cel równoległy to penetracja jaskiń suchych.
Dotychczasowy przebieg ekspoloracji syfonów przedstawia się następująco: do
końca lat 90 osiągnięto głębokość ok. 70 m. Problem penetrowali wówczas kolejno
Czesi i Francuzi, potem w latach 2000 i 2001 odbyły się polskie wyprawy nurkowe,
podczas których Wiktor Bolek pociągnął eksploracje do głębokości 85 m, na
odległość około 300m od otworu. Dla przypomnienia: w letniej wyprawie 2001
uczestniczył również Pszczółek, osiągając tam głębokość 76,1 m. Teraz warunki
nurkowe były bardzo słabe, większość czasu padał deszcz, co powodowało, że
woda z wywierzyska wydostawała się pod takim ciśnieniem, iż nurkowanie początkowo
nie było możliwe na skutek silnego prądu. Pod koniec wyprawy przestało lać,
prąd w jaskini zmniejszył się znacznie, za to widoczność była katastrofalna,
około 30 cm! W tych warunkach nie zdecydowano się na eksploracje nie odkrytych
partii, wykonano tylko serię nurkowań rekonesansowych w poznanej już części.
Ja osiągnąłem tam na trimiksie głębokość 72,8 m, co z kolei, jak się potem
okazało, było najlepszym wynikiem tej wyprawy, gdyż Wiktor Bolek i Pszczółek
zrezygnowani z głębokiego nurkowania eksploracyjnego, mówiąc, że w tym kiblu
i tak nic nie zobaczą. I mieli rację. Podsumowując: w Tauz nic nowego, znów
pogoda pokrzyżowała ambitne plany.
Piotr Kępkiewicz
NOWA BRYTANIA
W przedostatnim informatorze mogliście przeczytać, że z Marcinem Galą planujemy
wyjazd do Papui Nowej Gwinei. Jak zaplanowaliśmy, tak też się stało. Wzięliśmy
udział we francuskiej wyprawie, której celem była eksploracja jaskiniowa w
rejonie Rzeki Ba na Nowej Brytanii, jednej z wysp należących do PNG.
Teren działania był tyleż interesujący, co trudny - nie dotknięty dotąd stopą
nie tylko grotołaza, ale człowieka w ogóle. Przez dziewiczą dżunglę poruszaliśmy
się ze średnią prędkością 500 m dziennie (czasami 200 m), nieustannie wycinając
ścieżkę maczetami. Udało się nam w efekcie zbadać jedynie ułamek tego, co
planowaliśmy.
Przed wyprawą apetyty mieliśmy ogromne. Przeprowadzony w 2000 roku rekonesans
tak rozbudził naszą wyobraźnię, że spodziewaliśmy się od razu odkryć przeszło
1000-metrowe jaskinie. Tymczasem trudności, jakie stwarzało poruszanie się
w dżungli, problemy taktyczne, z którymi się zmagaliśmy, oraz syfony w jaskiniach
- stanęły nam na drodze do gigantycznych odkryć. Zadowoliliśmy się eksploracją
kilkunastu jaskiń, z których skartowanych zostało 7 (najgłębsza: Nat Nat -
220 m deniwelacji; najdłuższa: Salangana - przeszło 2km, najgłębsza studnia:
Nat Nat - 60 m). Pomijając trudności, które napotykaliśmy na powierzchni,
eksploracja jaskiń w rejonie Rzeki Ba okazałą się stosunkowo łatwa, niezwykle
szybka i przez to bardzo zabawna. W większości przypadków biegliśmy przez
dziewicze obszerne korytarze. Od czasu do czasu pokonywaliśmy kilkunastometrowe
prożki, z których większość nadawała się do wspinania. Mimo to wszystkie poręczowaliśmy,
nie mogąc pozwolić, aby wydarzył się jakikolwiek wypadek. Akcja ratunkowa
w dzikich ostępach dżungli byłaby niemal niemożliwa do przeprowadzenia. Jakież
było nasze rozczarowanie, kiedy po kilku godzinach eksploracyjnego biegu docieraliśmy
do malowniczego i obszernego syfonu. Stosunkowo duże niebezpieczeństwo stanowiła
woda, której w odkrywanych przez wyprawę jaskiniach było dosyć dużo. Miała
16-20°C, więc to nie temperatura budziła niepokój. W odległych od otworów
korytarzach znajdowaliśmy świeże szczątki roślin na ścianach i stropie oraz
duże kłody na spągu, które świadczyły o tym, że w czasie silnych opadów deszczu
silny strumień wody wypełnia cały przekrój korytarza. Opady takie zdarzały
się niemal codziennie, o prognozie pogody nie mogliśmy nawet marzyć, a miejscowych
górali nie było. Brak spektakularnych sukcesów nie oznacza bynajmniej, że
nie warto nadal eksplorować w okolicach Rzeki Ba, które wciąż wydają się perspektywiczne.
Nieopodal znajduje się jaskinia Muruk Đ najgłębsza na południowej półkuli,
której eksploracja zajęła 7 kolejnych wypraw. Podczas pierwszych dwóch nie
odkryto praktycznie żadnej jaskini.
Jeśli mowa o towarzystwie, to chyba trudno znaleźć lepsze. Uczestnikami wyprawy
byli najlepsi francuscy grotołazi, a także dwaj Hiszpanie i dwaj Australijczycy.
Mieliśmy okazję działania z eksploratorami Woroniej (masyw Arabika, Abchazja),
jaskiń na wyspie Madre del Dios (Chile), w Chinach, Meksyku, Nowej Zelandii
oraz w każdym innym rejonie, który wam przychodzi do głowy. Zaowocowało to
oczywiście mnóstwem pomysłów, które zrodziły się w naszych głowach i do których
współrealizacji zapraszamy!
Wielkie dzięki dla Gajesi, Agnieszki, Bogusia, Ciszka, Francka i Andrzeja
Tomek Fiedorowicz
ogłoszenia
PSZCZÓŁEK
Celem odpoczynku od gór i jaskiń oraz pooddychania jodowanym powietrzem
namawiam wraz z Rafałem Szaniawskim na REJSY PO BAŁTYKU połączone z
nurkowaniem na wrakach. Terminy: 18-25.05 i 15-22.06
Wypłynięcie z i powrót do Gdyni. W programie morska przygoda.
Szczegóły na spotkaniu we wtorek lub mailem.
Pszczółek
501-06-16-23
INFORMACJE ORGANIZACYJNE SW
Adres:
ul. Żółkiewskiego 5 m. 6
04-305 Warszawa
Tel./fax.: 629 44 72
Speleoklub w internecie:
Internetowa strona klubowa: speleo.icm.edu.pl
adres e-mail: speleo@pingwin.icm.edu.pl
Magazyn klubowy:
Sprzęt można pobierać przy ul. Przy Bażantarni 11 (stacja metra Natolin), w
środy w godz. 19.00 - 20.00, ale tylko po uprzednim zgłoszeniu się do magazyniera
Jacka Kowalskiego tel.: 0 604 399 477 i z opłaconymi na bieżąco składkami.
Spotkania klubowe:
odbywają się w pubie "Baryłka" przy Rynku Mariensztackim. We wtorki
o 18.30 (w sali w podziemiach). Sekcja wspinaczkowa SW spotyka się na ściance
na ul. Obozowej 60 w czwartki po godz. 18.00. Opłata za wejście 15 zł Đ do uregulowania
z dzierżawcą.
Redakcja i teksty (z wyjątkiem osobno sygnowanych): Krystyna Jankowska i Andrzej Kurowski. Skład komputerowy: Krzysztof Jankowski. O nadsyłanie informacji prosimy najlepiej pocztą elektroniczną (lub osobiście) pod adresem andmar@polbox.com lub tel.: 659 43 17 (ak); akaj@poczta.onet.pl lub tel.: 610 86 23 (kj). Nr 2 ukończony